1% dla Amelki, pomóżcie!!!

Amelka choruje na mózgowe porażenie dziecięce. Nie mówi, nie chodzi, ale ma przepiękny uśmiech, ogromne serduszko i wspaniałą rodzinę: cudowną oddaną mamę Olę i szalenie wrażliwego tatę Marka. To ludzie, którzy nie patrzą tylko na swoje potrzeby i trudności, ale bez zmrużenia okiem pomagają innym. Są po prostu Aniołami. Amelka ma też Goldenkę „Halusię”, która nie odstępuje dziecka na krok, reaguje na każdy jej płacz, wołanie. Ich więź jest niesamowita!

viber-image(na zdjęciu Amelka, mama i sunia Hala)              

Amelka wymaga stałej rehabilitacji i masaży. Poza tym musi być pod ciągłą opieką, dlatego wszystko co jej rodzice czynią jest skierowane na wsparcie dziewczynki  w każdym aspekcie życia. Wiem, że każdy 1 % od podatku będzie w pełni wykorzystany na wszystko, co pomoże dziecku funkcjonować bez bólu i wesprze leczenie. Dzięki wcześniejszym zbiórkom rodzice przystosowali w pełni mieszkanie do potrzeb dziecka. Teraz potrzebne są środki na lekarstwa, wsparcie rehabilitacyjne, dostęp do lekarzy specjalistów i sprzętu ortopedycznego.

Jeśli nie macie pomysłu na oddanie 1% podatku , to Amelka jest strzałem w dziesiątkę!!!

Wiem, ile ogromnych kroków ta rodzina poświęciła dziecku i innym rodzinom w podobnych sytuacjach życiowych. Ich pełne miłości serducha są warte takiego daru.

W zeznaniu podatkowym PIT wystarczy wpisać KRS 00000 37904
koniecznie z dopiskiem: 8631 Jagiełło Amelia

Gdyby ktoś miał chęć wpłacić darowiznę dla Amelki:

FUNDACJA DZIECIOM „ZDĄŻYĆ Z POMOCĄ”  15 1060 0076 0000 3310 0018 2615

Tytuł przelewu: 8631 Jagiełło Amelia

Reklamy

Podpisz petycję w celu uniewinnienia weterynarza!

Czy można ukarać kogoś za pomoc bezdomnym zwierzętom?

Niestety w naszym państwie tak, kiedy interesy urzędników stają się ważniejsze niż bezinteresowna pomoc młodszym braciom. Wesprzyjmy tego Anioła, by nie musiał płacić kary, która zabierze 1/3 jego miesięcznej pensji, tylko dlatego, że ratuje zwierzęta tańszym kosztem (!) omijając system. Kliknij na link poniżej i daj wsparcie panu Arturowi:

>>> PODPISZ PETYCJĘ <<<

gpRwYPpvsDquxwh-800x450-noPad

Tekst ze strony:

„(…) Weterynarz z naszego powiatu, właściciel Przychodni Weterynaryjnej “Podaj Łapę” – Artur Różycki został ukarany przez sąd karą grzywny w wysokości 700 zł za jego działalność prowadzoną na rzecz bezdomnych.

Pan Artur, na podstawie umowy zawartej z Gminą Wołów i Brzeg Dolny od lat świadczy usługi w zakresie odławiania bezdomnych zwierząt oraz udzielania pomocy zwierzętom, które ucierpiały w wypadkach drogowych. Jego zaangażowanie i działalność zasługują na najwyższe uznanie. Jest to człowiek, który swoją pracę łączy z pasją. Stara się robić wszystko, co w jego mocy, by szybko i skutecznie znaleźć rodziny dla niechcianych i porzuconych stworzeń.

Policja jednak i powiatowy lekarz weterynarii zarzucili mu, że nielegalnie prowadzi schronisko i przewozi zwierzęta bez zezwolenia.

Dlaczego w naszym kraju płaci się karę za bezinteresowaną pomoc zwierzętom? Dlaczego karze się lekarza weterynarii, który z takim poświęceniem pomaga swoim podopiecznym?

Porzucone zwierzęta to problem społeczny, którego rozwiązanie powinno odbywać się w sposób najprostszy, najszybszy i najskuteczniejszy. Działalność lekarza weterynarii Artura Różyckiego miało dokładnie taki charakter, a osobista niechęć urzędnika sprawiła, że został on ukarany za niesienie pomocy.

W związku z tym zwracamy się Powiatowego Inspektora Weterynarii o wycofanie donosu i oczyszczenie z zarzutów doktora Różyckiego.”

Kobieta od 50 lat ratuje zwierzęta…

Daphne Sheldrick poświęciła swoje życie opiece nad dzikimi zwierzętami. Od 50 lat prowadzi sierociniec dla słoni, do którego trafiają maluchy, które w wyniku np. kłusownictwa straciły swoją rodzinę. Słoniątka najpierw są transportowane samolotem, potem uspokajane, a następnie przyzwyczajane do picia mleka…bez niego nie miałyby szans na przeżycie. Zajmują się nimi opiekunowie 24 godziny na dobę, w sposób rotacyjny, aby żadne słoniątko nie przyzwyczaiło się za bardzo do jednego człowieka. Inaczej w przypadku nagłej, kilkudniowej nieobecności, słoniątko mogłoby nawet umrzeć z tęsknoty. Do trzeciego roku życia muszą być karmione mlekiem, więc pozostają w sierocińcu. Następnie są wypuszczane na obrzeża Parku Narodowego Tsavo, gdzie uczą się samodzielności. W wieku około 15 lat są wypuszczane na wolność. Daphne wychowała już ponad 120 słoni, 33 bawoły i nosorożce. Słonie mają doskonałą pamięć. Zdarzały się przypadki, że po jakimś czasie słonie same wróciły do ośrodka…po pomoc! np. kiedy jednemu z nich wbił się kolec w nogę lub kiedy były chore. Zdarzyło się nawet, że ciężarna słonica przyszła właśnie do ośrodka urodzić swoje młode.

12029765_10153690619703408_1130835610109303938_o

„Człowiek musi sobie uświadomić, że świat nie należy tylko do niego. Każde zwierzę na tym świecie znalazło się tu z jakiegoś powodu i wszyscy razem stanowimy jedność w naturze. Ludzie nie mogą zyć w izolacji od natury i dzikich zwierząt” – mówi Daphne

źródło: http://player.pl/programy-online/kobieta-na-krancu-swiata-odcinki,87/odcinek-4,zapasniczka-z-boliwii-czesc-1,S01E04,1435.html#play

Pomóż zwierzętom z Fukushimy!

Dzisiejszy post jest zacytowanym tekstem, który można zobaczyć (wraz ze zdjęciami Naoto opiekującym się zwierzętami) >>> TUTAJ <<<

Można pomóc Naoto w karmieniu zwierząt wysyłając dotacje przez >>> <<< stronę 🙂

Matsumura Naoto and Shiro the cat „W marcu 2011 roku, po tsunami na Pacyfiku, doszło do awarii w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi, leżącej na wschodnim wybrzeżu wyspy Honsiu. Takiej katastrofy nie było od czasów Czarnobyla. Tym razem również ewakuowano całą ludność z napromieniowanych terenów. Jednak jeden człowiek postanowił tam wrócić. Naoto Matsumura od blisko czterech lat opiekuje się porzuconymi zwierzętami w swojej rodzinnej miejscowości Tomioka. Tomioka leży obecnie w liczącej sobie 20 km strefie zamkniętej wokół elektrowni. Porzucone zostały samochody, domy, całe gospodarstwa. Od czterech lat tak naprawdę jest kolejnym miastem duchów, w którym hula wiatr. Ewakuujący się ludzie zostawili za sobą nie tylko dobytek całego życia. Zostały tam również tysiące zwierząt, które zgodnie z zarządzeniem lokalnej władzy, należałoby uśpić. Wiele z nich umarło z głodu. Pozostałe próbowały poradzić sobie same.

Naoto Matsumura opuścił swój dom, tak samo jak wszyscy inni mieszkańcy. Jednak życie w obozie tymczasowym było dla niego trudne do wytrzymania. Myślał o swojej domowej trzodzie i bał się o los zwierząt. Zdecydował się na powrót do swojego gospodarstwa, żeby je chociaż dać im jeść. Kiedy usłyszał w oddali szczekającego psa sąsiada, poszedł go nakarmić. Potem okazało się, że tak samo głodnych stworzeń jest o wiele więcej. Dotarło wtedy do niego, że jeśli opuści to miejsce jak wszyscy inni, zwierzęta umrą. Postanowił zostać i zaopiekować się porzuconymi zwierzakami.

Matsumura twierdzi, że faktycznie, na samym początku bardzo bał się, że zachoruje na raka lub białaczkę. Choć przeprowadzone przez JAXA (Japan Aerospace Exploration Agency, czyli Japońską Agencję Kosmiczną) badania potwierdziły, że jest obecnie najbardziej napromieniowanym człowiekiem w Japonii, z upływem czasu przestał się tym zupełnie przejmować. Wszystko z miłości do zwierząt. Dlatego też nie nosi ze sobą licznika Geigera. Naukowcy powiedzieli mu, że raczej nie zachoruje w ciągu następnych 30 lub 40 lat. Naoto stwierdził więc, że skoro najprawdopodobniej do tego czasu i tak już będzie martwy, woli się skupić na codziennych zajęciach, którymi nikt inny się nie zajmie.

Pod jego opieką znajdują się krowy, kucyki, koty, psy, a nawet strusie. Pozbawione ludzkiej opieki już dawno umarłyby z głodu. Naoto widział całe stada bydła zagłodzonego na śmierć w stodołach. Ponoć muchy, które żywiły się padliną było bardzo wyraźnie słychać w ciszy jaka zapadła nad miastem. Stąd też dekret lokalnych władz o uśpieniu zwierząt i zaoszczędzeniu im cierpień może się niektórym wydawać sensowny. Matsumura ma jednak zupełnie inne zdanie na ten temat. Mężczyzna twierdzi, że ubój miałby sens, gdyby mięso zostało potem zjedzone.

Takie jest życie. Jeśli jednak ta śmierć niczemu nie będzie służyć, to jest bezsensowna – mówi Naoto.

Jako wyznawca shintoizmu uważa, że życie zwierząt jest tak samo ważne jak ludzkie. Ponadto, ich obserwacja może dać rzeczywisty obraz wpływu promieniowania na okolicę. Jeśli zwierzęta na przestrzeni kilku następnych pokoleń zaczną wydawać na świat chore potomstwo, będzie to wyraźny sygnał, że Tomiokę należy opuścić na zawsze. Ale jeśli młode rodzą się zdrowe, to może ludzie mogą wrócić do swoich domów?

Naoto Matsumura ma obecnie 55 lat. Przed katastrofą mieszkał razem z rodzicami, gdyż pochłonięty pracą zawodową nie miał czasu dla żony i dzieci. Obecnie poświęca zwierzętom cały swój czas. Ze względów zdrowotnych nie może spożywać żywności z rejonu Fukushimy, co generuje dodatkowe koszty. W 2013 roku urodził mu się syn. Jednak nie jest pewne, czy Naoto kiedykolwiek zamieszka ze swoją partnerką i dzieckiem.

Niestety, coraz trudniej o żywność dla zwierząt. Naoto obecnie nigdzie nie pracuje i nie pobiera żadnego wynagrodzenia, a rząd japoński nie udziela mu żadnej pomocy. Jego historię przybliżył światu fotograf Antonio Pagnotta, autor książki ”Le dernier Homme de Fukushima” (”Ostatni człowiek z Fukushimy”). Powstała również francuska fundacja Kizuna pour Naoto, która za cel postawiła sobie pomoc w opiece nad zwierzętami. Jak napisano na stronie internetowej, działają bez żadnych związków z jakąkolwiek religią czy polityką, chcieliby po prostu sprawić by świat stał się trochę lepszym miejscem. Zbiórka pieniędzy trwa między innymi za pośrednictwem strony Kizuna pour Naoto.

Pod opieką Matsumury znajduje się obecnie między innymi 40 krów. Roczne wyżywienie jednej kosztuje około 900 euro. Dla porównania, półroczna porcja jedzenia dla kota to wydatek rzędu 50 euro. Więcej szczegółów z codziennego życia pokazała Mayu Nakamura w filmie dokumentalnym ”Alone in Fukushima” (”Sam w Fukushimie”). Premiera filmu w Japonii była przewidziana na wiosnę tego roku.”