Zielony koktajl detoksykujący

Witajcie,

Dzisiaj przygotowałam dla Was sprawdzony przepis na owocowo-warzywny koktajl, który dostarczy niezbędne mikroelementy przy tzw. przesileniu wiosennym. Ta witaminowa bomba pomaga oczyścić organizm z toksyn, pobudza energię i wyzwala radość życia. Przygotuj i pij przynajmniej 1 szklankę dziennie. Ewentualnie możesz 1- 2 razy w tygodniu zrobić dzień detoksykacyjny. Zrezygnuj z jedzenia, pij wtedy wodę mineralną oraz ten koktajl.

Składniki:DSC_2587.JPG

  • 3- 5 dużych garści jarmużu,
  • 1-2 garści szpinaku,
  • 1 duża garść pokrojonego selera naciowego,
  • drobno pokrojona nać pietruszki,
  • 1 gruszka,
  • 1 jabłko,
  • 1 pomarańcza,
  • 2 kiwi,
  • 1 banan,
  • sok wyciśnięty z 1 limonki lub cytryny.

Można dodawać również melon, ananas, awokado, nasiona chia.

Jarmuż i szpinak wkładamy w całości do miski. Resztę składników kroimy na mniejsze kawałki. Miksujemy w blenderze do konsystencji papki, dodajemy sok z limonki/cytryny, rozcieńczamy wodą mineralną wg uznania i smaku. Bierzemy do pracy i wciągamy przez rurkę 🙂 Pyszne!!!

Polub i bądź na bieżąco: Kwiat Lotosu na Facebooku

Chcę uciec na bezludną wyspę…

To miesiąc najważniejszy w moim życiu. 25 października przyszła na świat moja córka. Był rok 1980. Przed szóstą rano zobaczyłam ją po raz pierwszy. Zabrali mi okulary i nie widziałam szczegółów, ale nawet obraz różowego „robaczka” wyzwolił we mnie dotąd nieznane uczucia. To było jak wybuch wulkanu. Nagle cały świat zamknął się w 3,5-kilogramowym człowieczku owiniętym w tetrową pieluchę. Narkotyczny stan opętania dzieckiem trwał u mnie aż cztery lata. Potem powoli ustępował rozważnej miłości.

Gdyby w czasie tych czterech lat ktoś odebrał mi dziecko, pękłoby mi serce. Umarłoby jak ryba bez wody. Nie byłam wyjątkową matką. To samo przeżywają prawie wszystkie ssacze rodzicielki. Tyle że wyraz rozpaczy po stracie dziecka nie musi być dla nas zrozumiały. Łatwo odczytujemy cierpienie z ludzkiej twarzy, znajomych słów i gestów.  Antylopa, której hiena porwała cielątko, wygląda dla nas tak samo jak przed tragedią. Nie jesteśmy antylopami i nie znamy języka ich emocji. W niczym to nie usprawiedliwia obojętności z jaką szykujemy na obiad bitki cielęce. Bo czymże jest cielęcina? Przecież to ciało krowiego dziecka. Ginie bardzo młodo. Nieświadome okrucieństwa świata, w jakim przyszło mu się urodzić. Nagle ktoś odrywa go od matczynej mleczarni, potem kilka godzin, dni przerażenia, tęsknoty i… Cielęcina. A jego matka? Krowa. Stoi i przeżuwa kiszonkę. Nie jest już normalną krową. Czułą matką, która rzuci się na lwa, gdy ten zechce zabrać jej dziecko.

Człowiek jest okrutniejszy od dzikiego drapieżnika. Zamknął ją w „fabryce do produkcji mleka” i każe rodzić. Nie, nie ma przedtem romansu z byczkiem Fernando. Rolę miłosnych uniesień zastąpiła plastikowa rurka. Krowa nigdy nie pozna ojca swoich dzieci. Już dawno skończył jako soczysty befsztyk. Gdy rodziła pierwszy raz, poczuła zapach cielaka. Stało się z nią to samo co ze mną 25 października 1980 roku. Potem pękło jej serce. Umarło jak ryba bez wody. Przy drugim porodzie ożyło na moment. Nie potrzebnie, bo nie zdążyło nawet zaczerpnąć zapachu dziecka. Za trzecim razem nawet nie drgnęło. Za to mleka polało się potokiem. Matczyna jadłodajnia nie umie zapomnieć, po co jest stworzona. Nawet jeśli rolę cielęcia zastąpiła elektryczna dojarka.

Chciałabym, abyśmy trochę więcej myśleli i uczyli się empatii. Myślenie nie jest teraz w modzie, bo utrudnia życie. Gdy zaczynamy się zastanawiać, skąd i dlaczego istnieje ryzyko, że się dowiemy. Głupio wówczas czerpać z cierpienia, ale zawsze można zapomnieć. A jak nie zapomnieć, to udawać niewiedzę. Mam wrażenie, że to znak naszych czasów. Cielęcina to malutki punkcik na mapie okrucieństwa. Są jeszcze jagnięcina, młoda konina i króliki. Młode są najsmaczniejsze. Że nie wspomnę o prosięciu nadziewanym kaszą gryczaną. Dla ozdoby trzyma jabłko w przypieczonym chrupko ryjku. Co prawda, nie jemy szczeniąt ani kociąt. Ale na polskiej prowincji do tej pory praktykuje się ich topienie albo zakopywanie żywcem. Na własne uszy słyszałam wypowiedź mieszkańca mazowieckiej wsi. Nie chciał zgodzić się na kastrację suczki i kotki, bo dzieci lubią się bawić szczeniakami i kociakami, a potem się utopi.

Po takich słowach mam ochotę uciec na bezludną wyspę. Oczywiście to niemożliwe. Jestem człowiekiem i nie umiem żyć bez ludzi. Choć wstydzę się swojego człowieczeństwa, gdy słyszę: ale ja chcę, żeby moja suczka została matką. Przecież można uśpić ślepy miot i zostawić tylko jedno szczenię. Można? Nie można. Ale to nic nie znaczy… Nie można bić dzieci. Nie można znęcać się nad nikim, bez względu na gatunek. Nie można prowadzić samochodu po pijanemu. Nie można przechodzić na czerwonym świetle. Nie można brać narkotyków. Nie można niszczyć zieleni. Nie można wyrzucać śmieci do lasu. Nie można kłamać, kraść i zabijać…

Dorota Sumińska, doktor weterynarii, prowadzi popularne programy o zwierzętach

[Z miesięcznika: Wróżka 10, październik 2014, s.59]