Jesteś inna, jesteś inny…

be different
„Masz być perfekcyjna na każdym polu, choć gra w ideał jest przegrana od samego początku. Zaradnym mężczyzną z krwi i kości, choć słyszałeś to od ojca, który nie miał odwagi nawet zapłakać. Lojalnym pracownikiem słuchającym się zwierzchników, którzy nie mają innego niż nominalny autorytetu. Poświęcać się dla innych, choć oni to wykorzystują. Deprecjonować swoje autentyczne zasługi, tylko dlatego że miałeś przeznaczone urodzić się w kulturze, która wyparła dumę i tępi przejawy wyjątkowości. Miałeś się dobrze uczyć, usiąść za biurkiem, założyć rodzinę, poczekać kilkadziesiąt lat i umrzeć. Po drodze należało jeszcze wyjeżdżać nad morze w lato, oszczędzać na czarną godzinę i tłumaczyć dzieciakowi, że budowa pantofelka do czegoś mu się przyda, choć wiesz, że to nieprawda. Takie było założenie, prawda?

Ale Ty jesteś inna.

Masz poczucie, że większość ludzi Cię nie rozumie. Chcesz osiągnąć coś znaczącego, by nadać swej egzystencji sens. Współczujesz tym, którzy są nieświadomi i cierpią. Nie szanujesz tych, którzy głoszą, że wiedzą, a tak naprawdę nic nie umieją. Imponuje Ci mało ludzi, ale podziwiasz ich szczerze ponad wszystko. Obserwujesz więcej, niż mówisz. Gdyby było trzeba, możesz porzucić wszystko, co masz i robisz. Cokolwiek ktoś powie o Tobie, nie jest wystarczające. Nudzisz się, gdy nie tworzysz. Nie wchodzisz w światy ograniczonych ludzi, ale pomagasz im ze swojego tak, że nawet o tym nie wiedzą. Inni myślą że przegrywasz, podczas gdy Ty po prostu odchodzisz. Życie jest dla Ciebie przygodą, w której często nie wiesz, dlaczego niektóre rzeczy się dzieją. Nie ma takiego problemu innych, który w jakiejś mierze nie byłby również Twoim. Masz bardzo mało przyjaciół, bo mało kto umie Cię nie oceniać. Najwięcej o Tobie mają do powiedzenia ci, którzy w ogóle Cię nie znają. Jeśli ktoś nie ma rezultatów, nie jest dla Ciebie autorytetem. Wierzysz, że ludzie są pod spodem bezgraniczną dobrocią. Chcesz być przykładem dla innych. Częściej słuchasz intuicji niż rozumu. Jest mało ludzi, którzy Cię naprawdę poznają, bo większość chce Cię do czegoś i chce Cię jakimś. Nie można Cię zatrzymać, jesteś zbyt niezależna. Nauczyłeś się grać tak dobrze, że nikt o tym nie wie. Pod spodem kulturowo wymaganej samokrytyki kochasz siebie do szpiku kości, ale nigdy tego głośno nikomu nie powiesz. Masz wiele fascynujących historii do opowiedzenia, których nikt nie miał szansy usłyszeć. Uwielbiasz, jak w zimie płatki śniegu padają Ci na twarz. Masz w głowie takiego siebie, z którym zawsze możesz rozmawiać i nigdy nie zostaniesz oceniony. Czasem, idąc po chodniku, idziesz tak by nie nadepnąć na krawędzie. Potrafisz zobaczyć nieznajomego człowieka i mieć przeczucie, że skądś go znasz. Bardziej niż na byciu lubianą zależy Ci na prawdzie. Gdy leci w radio ulubiona piosenka, to ruszasz delikatnie ustami, jakbyś to Ty śpiewał. I o tym też nikt nie wie.

Bo jesteś inna.
Nie zmieniaj tego.”

Autor tekstu: Matuesz Grzesiak

Kot-przewodnik poprowadził zagubionego turystę do schroniska

43.jpg

Internauta o pseudonimie sc4s2cg podzielił się na Reddicie historią, która przydarzyła mu się podczas wędrówki w Alpach. Mężczyzna zagubił się niedaleko uroczej wioski Gimmewald, a z powodu niedziałających już wyciągów i zamknięciu niektórych szlaków nie mógł dostać się do swojego schroniska. Krążył innymi szlakami, w końcu idąc po torach kolejowych dotarł do całkowicie opuszczonego miasta.

„Sprawdziłem mapę chcąc odnaleźć drogę do schroniska. Jednak jedyny oficjalny szlak był zamknięty. Gdy tak siedziałem, myśląc co dalej, spotkałem uroczego kota”.

39.jpg

Zwierzak zauważył turystę, gdy ten zrobił sobie przerwę, jadł batonika i dawał odpocząć nadwerężonej kostce.

„Gdy wstałem, kot zaczął prowadzić mnie jakąś ścieżką. Był bardzo przyjazny i najwyraźniej przyzwyczajony do tłumów turystów odwiedzających tej rejon. Szedł i oglądał się by sprawdzić, czy idę za nim. W ten sposób doprowadził mnie do szlaku, który z kolei wiódł do doliny”.

2

Całe zdarzenie dokumentuje nagranie wykonane przez turystę:

Zaraz po skończeniu nagrywania kot i mężczyzna rozdzielili się. Najciekawsze stało się jednak dopiero później. Inni internauci również spotkali tajemniczego kota-przewodnika. Jeden z nich, Starspace1 napisał: „Ten sam kot wędrował z nami trzy miesiące temu. Szedł z przodu, zatrzymywał się i pozował wywołując na twarzy każdego szczery uśmiech”.

Okazuje się, że zwierzak należy do właścicieli hostelu położonego we wsi i uwielbia turystów.

43.jpg

Źródło: lovemeow.com

Ratujmy Puszczę Białowieską!

Witajcie Kochani,

Puszcza Białowieska jest zagrożona. Minister środowiska może wkrótce podjąć decyzję o wielokrotnym zwiększeniu wycinki drzew z tego wyjątkowego lasu. Oznacza to, że Puszcza zamieni się w zwykłą plantację drzew i straci swój niepowtarzalny, naturalny charakter. Podpisz petycję do premier Beaty Szydło i pomóż ocalić Puszczę. Im więcej nas będzie, tym większa szansa, że uda się ją uratować!

Tutaj możesz podpisać petycję: www.kochampuszcze.pl

las

Dbajmy razem o nasze wspólne dziedzictwo!

Kobieta od 50 lat ratuje zwierzęta…

Daphne Sheldrick poświęciła swoje życie opiece nad dzikimi zwierzętami. Od 50 lat prowadzi sierociniec dla słoni, do którego trafiają maluchy, które w wyniku np. kłusownictwa straciły swoją rodzinę. Słoniątka najpierw są transportowane samolotem, potem uspokajane, a następnie przyzwyczajane do picia mleka…bez niego nie miałyby szans na przeżycie. Zajmują się nimi opiekunowie 24 godziny na dobę, w sposób rotacyjny, aby żadne słoniątko nie przyzwyczaiło się za bardzo do jednego człowieka. Inaczej w przypadku nagłej, kilkudniowej nieobecności, słoniątko mogłoby nawet umrzeć z tęsknoty. Do trzeciego roku życia muszą być karmione mlekiem, więc pozostają w sierocińcu. Następnie są wypuszczane na obrzeża Parku Narodowego Tsavo, gdzie uczą się samodzielności. W wieku około 15 lat są wypuszczane na wolność. Daphne wychowała już ponad 120 słoni, 33 bawoły i nosorożce. Słonie mają doskonałą pamięć. Zdarzały się przypadki, że po jakimś czasie słonie same wróciły do ośrodka…po pomoc! np. kiedy jednemu z nich wbił się kolec w nogę lub kiedy były chore. Zdarzyło się nawet, że ciężarna słonica przyszła właśnie do ośrodka urodzić swoje młode.

12029765_10153690619703408_1130835610109303938_o

„Człowiek musi sobie uświadomić, że świat nie należy tylko do niego. Każde zwierzę na tym świecie znalazło się tu z jakiegoś powodu i wszyscy razem stanowimy jedność w naturze. Ludzie nie mogą zyć w izolacji od natury i dzikich zwierząt” – mówi Daphne

źródło: http://player.pl/programy-online/kobieta-na-krancu-swiata-odcinki,87/odcinek-4,zapasniczka-z-boliwii-czesc-1,S01E04,1435.html#play

Manifesto 15 – Rozwijanie uczenia się

Z okazji początku nowego roku szkolnego, bardzo ciekawy artykuł dla nauczycieli, uczniów i rodziców..

iStock_000013770837Small

„1 stycznia 2015

Wiele najbardziej inspirujących dokumentów jest silnie powiązanych z datą. Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych podpisano 4 lipca 1776; Karta 77 pojawiła się w styczniu 1977 roku; Dogmę 95 stworzono w 1995. Idee zmieniają się i rozwijają z biegiem czasu. Niniejszy manifest zawiera migawki naszych pomysłów oraz wizji na przyszłość i reprezentuje to, czego dotychczas się nauczyliśmy o uczeniu się i edukacji. Dokument ten służy jako punkt odniesienia, abyśmy mogli lepiej zrozumieć, co zrobiliśmy do tej pory i jakie kroki potrzebujemy podjąć następnie.

Jak możemy zapewnić sukces sobie samym, naszym społecznościom i planecie w świecie pochłoniętym niepewnością i wzrastającym poczuciem starzenia się naszych systemów edukacyjnych? Potrzebujemy zmian w edukacji.

Oto, czego nauczyliśmy się dotychczas

  1. “Przyszłość już tutaj jest – nie jest tylko powszechnie dostępna” (William Gibson, Gladstone, 1999). Edukacja pozostaje zastanawiająco w tyle za innymi obszarami przemysłu i gospodarki. Wynika to z naszej tendencji do spoglądania wstecz, ale nie naprzód. Uczymy na przykład historii literatury, ale nie przyszłości pisania. Uczymy ważnych z punktu widzenia historii teorii matematycznych, ale nie angażujemy się w tworzenie nowej matematyki, potrzebnej do budowania świata przyszłości. Co więcej, wszystko, co “rewolucyjne” w obszarze uczenia się, już zaistniało – na różną skalę, we fragmentach i kawałkach, w różnych miejscach. Znaczenie tych działań dla nas i naszych organizacji uświadomimy sobie w pełni, kiedy rozwiniemy w sobie odwagę do uczenia się od siebie nawzajem, korzystania z doświadczeń innych, kiedy zaakceptujemy ryzyko i odpowiedzialność, jakie wiążą się z urzeczywistnianiem orientacji na przyszłość w naszej praktyce edukacyjnej.
  2. Szkoły 1.0 nie są w stanie uczyć dzieci 3.0. Potrzebujemy na nowo określić i jasno zrozumieć, ku czemu edukujemy, dlaczego to robimy i komu służą systemy edukacji. Obowiązkowe szkolnictwo powszechne jest oparte na przestarzałym, XVII-wiecznym modelu, zorientowanym na kształtowanie lojalnych, produktywnych robotników i pracowników biurowych. W erze postindustrialnej cel edukacji powinien być inny. Potrzebujemy edukacji wspierającej uczniów w byciu innowatorami, zdolnymi do angażowania swojej wyobraźni i kreatywności w tworzenie nowych rozwiązań dla społeczeństwa. Piszemy ten manifest i zmieniamy edukację, ponieważ dzisiejsze wyzwania nie mogą być rozwiązane poprzez stare sposoby myślenia. Jesteśmy też wszyscy współodpowiedzialni za tworzenie przyszłości pełnej pozytywnych rozwiązań, z których skorzystają wszyscy ludzie na świecie.
  3. Dzieci także są ludźmi. Wszyscy uczniowie powinni być traktowani jak ludzie i stosownie do tego szanowani – w pełnym uznaniu przysługujących im uniwersalnych praw i obowiązków człowieka. Oznacza to, że uczniowie muszą mieć wpływ na wybory związane ze swoją nauką, włączając w to sposób prowadzenia szkoły, w to, kiedy i jak oni sami podejmują się nauki oraz wszystkie inne obszary życia codziennego. Takie włączenie uczniów ma głęboki sens. Wszyscy uczący się, bez względu na wiek, powinni mieć zagwarantowaną wolność w podążaniu za możliwościami i podejściami edukacyjnymi, które są odpowiednie właśnie dla nich, tak długo jak dokonywane przez nich wybory nie naruszają prawa innych do robienia tego samego (EUDEC, 2005).
  4. Dreszcz, jaki przynosi skoczenie z krawędzi pod wpływem samodzielnie podjętej decyzji to uczucie, jakiego nigdy nie doświadczysz, jeśli ktoś inny zepchnie cię z tej krawędzi. Innymi słowy, pionowy model uczenia się, w którym wiedza przekazywana jest uczniowi przez nauczyciela, nie sprzyja w pełni uczeniu się – trwoni bowiem ciekawość i eliminuje motywację wewnętrzną. Potrzebujemy przyjąć poziome, horyzontalne podejście do uczenia się, takie, w którym przepływ wiedzy następuje we wszystkich kierunkach, uczniowie występują zarówno w roli nauczanych jak i uczących i mogą doświadczać w pełni bycia w tych rolach. Edukatorzy muszą kreować przestrzeń, w której to uczniowie decydują czy – i kiedy – wykonają skok z krawędzi. Upadanie jest naturalną częścią procesu uczenia się, w którym zawsze można spróbować ponownie. W zorientowanym poziomo środowisku uczenia się rolą nauczyciela jest pomoc w upewnieniu się, że uczący się podejmuje świadomą, dobrze przemyślaną decyzję. Upadki są w porządku, ale kreowanie porażki – nie.
  5. Nie oceniaj tego, co mierzymy, zmierz to, co jest cenione. Opętani obsesją na punkcie testów nie zauważyliśmy, kiedy pozwoliliśmy OECD stać się „światowym ministerstwem edukacji”. Poprzez reżim, jaki narzuciło badanie PISA, kult mierzenia poziomu nauczania rozprzestrzenił się po świecie. Patrząc z poziomu kraju, wygląda to tak, jakbyśmy walczyli o tytuł najładniejszego dziecka w rodzinie klonów. Co gorsza,  szkoły wypuszczają polityków oraz przywódców, którzy nie mają pojęcia jak interpretować wyniki testów. Najlepsze innowacyjne rozwiązania najczęściej upadają, kiedy zaczynamy martwić się o zmierzenie wyników. Czas zaprzestać obowiązkowego egzaminowania, a oszczędzone w ten sposób fundusze przeznaczyć na inicjatywy naukowe, które będą miały prawdziwą wartość i będą dawać szansę na sięganie po więcej.
  6. Jeśli “technologia” jest odpowiedzią, to jakie jest pytanie? Wygląda na to, że mamy obsesję na punkcie nowych technologii, będąc jedynie w niewielkim stopniu świadomymi tego, czemu służą i jak mogą wpływać na uczenie się. Technologie pozwalają nam znacznie lepiej robić to, co robiliśmy dotychczas – ale używanie ich wyłącznie do realizowania starych zadań szkolnych w nowy sposób to marnowanie ich potencjału. Czarne tablice zastąpiono białymi i multimedialnymi, książki zastąpiono iPadami. To jak budowanie elektrowni atomowej, aby zasilała powóz konny. Niczego to nie zmienia, a my wciąż kierujemy olbrzymie środki na usprawnianie tych narzędzi i trwonimy szansę na wykorzystanie ich potencjału do zmiany tego, czego się uczymy i jak to robimy. Odtwarzając praktyki z przeszłości przy użyciu nowych technologii szkoły skupiają się bardziej na zarządzaniu sprzętem (hardware) i oprogramowaniem (software), niż na rozwijaniu w uczniach mindware – umiejętności poznawczych, które pozwolą im korzystać z technologii i celowo używać dostarczanych przez nią narzędzi.
  7. Umiejętności cyfrowe są niewidzialne, i takie też powinny być technologie w szkołach. Niewidzialne uczenie się to uznanie, że znaczna większość naszego uczenia się jest “niewidzialna” – że dzieje się poprzez nieformalne, pozaformalne i przypadkowe doświadczenia w większym stopniu niż przez instytucje formalne (Cobo & Moravec, 2011). Takie uczenie się uwzględnia postęp technologiczny, aby w pełni umożliwić zaistnienie niewidzialnych przestrzeni – jednak, tak samo jak te przestrzenie, użycie technologii jest płynne i niewidoczne. Jeśli nasze szkoły i rządy chcą kształcić uczniów specjalizujących się w kreatywności i innowacyjności, a nie takich, którzy bezmyślnie zapamiętują i powtarzają stare hasła, to każdorazowe użycie nowych technologii w uczeniu się musi umożliwiać pójście w kreatywnym i innowacyjnym kierunku. W szkole komputer nie powinien służyć do „wykonywania pracy” w celu osiągnięcia z góry założonego rezultatu; powinien pomagać w projektowaniu i tworzeniu produktów i efektów uczenia się, które przekraczają wyobraźnię twórców podstawy programowej. Zamiast stawiać technologię w centrum nauki, przyćmiewając nią samo uczenie się, uczyńmy ją niewidzialną lecz stale dostępną, umożliwiając uczącym się odkrywanie swoich własnych ścieżek rozwoju z wykorzystaniem  oferowanych przez technologię narzędzi.
  8. Nie możemy zarządzać wiedzą. Kiedy mówimy o wiedzy i innowacji, często mieszamy lub mylimy ze sobą pojęcia oraz dane i informacje. Zbyt często bezmyślnie sądzimy, że dajemy dzieciom wiedzę, podczas gdy jedynie testujemy je sprawdzając, jakie informacje potrafią powtórzyć. Dla jasności: dane to skrawki rzeczywistości, które rejestrujemy i przetwarzamy w informacje. Wiedza polega na osobistym nadawaniu znaczenia informacji. Tworzymy innowację, kiedy podejmujemy działanie, o którym wiemy, że prowadzi ono do powstania nowej wartości. Zrozumienie tej różnicy ukazuje jeden z największych problemów szkolnego zarządzania i nauczania: podczas gdy dobrze zarządzamy informacjami, zwyczajnie nie możemy zarządzać wiedzą w głowach uczniów bez degradowania jej ponownie do informacji.
  9. “Sieć jest uczeniem się” (Siemens, 2007). Wyłaniająca się pedagogika naszego wieku nie jest starannie zaplanowana – jest raczej płynnie rozwijana. Tworzone przez nas przejścia pomiędzy różnymi sieciami są naszymi ścieżkami do uczenia się, a wraz z rozprzestrzenianiem się naszej sieci uczymy się więcej. Według konektywistycznej teorii uczenia się łączymy naszą osobistą wiedzę z wiedzą innych, aby osiągnąć nowe zrozumienie. Dzielimy się doświadczeniami, a w efekcie kreujemy nową (społeczną) wiedzę. Musimy się skoncentrować na zdolności jednostki do poruszania się w przestrzeni tej wiedzy i tworzenia swoich własnych połączeń, odkrywania sposobu, w jaki ich wyjątkowa wiedza i talenty mogą być włączane w szerszy kontekst, aby rozwiązywać nowe problemy.
  10. Przyszłość należy do nerdów, geeków, twórców, marzycieli i knowmadów (nomadów niosących wiedzę). Nie każdy zostanie w przyszłości przedsiębiorcą, ale ci, którzy nie rozwiną w sobie przedsiębiorczej postawy i nie zdobędą niezbędnych do tego umiejętności, są  automatycznie w kiepskim położeniu. Nasz system edukacyjny powinien skupić się na wspieraniu entreprenerds – ludzi, którzy angażują swoją specjalistyczną wiedzę w marzenie, tworzenie, odkrywanie, uczenie się i promowanie przedsiębiorczych, kulturalnych i społecznych inicjatyw; ludzi, którzy podejmują ryzyko i czerpią radość z procesu w takiej samej mierze, jak z efektu końcowego – bez lęku przed potencjalnymi upadkami i błędami, które wiążą się z byciem w tej podróży.
  11. Łam zasady, ale najpierw zrozum, dlaczego. Nasze systemy szkolnictwa zbudowane są na kulturze posłuszeństwa, wymuszonej uległości i zadowolenia. Twórcze działania uczniów, kadry i naszych instytucji są tym samym udaremniane. Łatwiej jest usłyszeć, co powinno się myśleć, niż podjąć wysiłek myślenia samodzielnie. Otwarte zadawanie pytań i tworzenie metapoznawczej świadomości tego, co stworzyliśmy i co chcielibyśmy z tym zrobić, mogą uleczyć to instytucjonalne schorzenie. Dopiero wówczas możemy projektować uzasadnione „wyłomy” w systemie, które rzucają wyzwanie status quo i mają potencjał wywierania realnego wpływu.
  12. Musimy i możemy tworzyć kulturę zaufania w naszych szkołach i społecznościach. Tak długo, jak nasz system edukacji będzie oparty na strachu, niepokoju i braku zaufania, wszystkie powyższe postulaty pozostaną wyzwaniami przyszłości. Autorzy projektu badawczego Minnevate!doszli do jasnych wniosków: jeśli chcemy zwiększać zdolność systemu edukacji do przemian, potrzebujemy zaangażowanych społeczności, potrzebujemy także sami angażować się w społeczności, którym służymy. To wymaga nowej teorii działania, skoncentrowanej na zaufaniu, w której uczniowie, szkoły, rządy, przedsiębiorstwa, rodzice i społeczności mogą się zaangażować w oparte na współpracy inicjatywy mające na celu współtworzenie nowych jakości w edukacji.

Niektórzy twierdzą, że realizacja tych celów wymaga rewolucji. Według innych potrzebna jest masowa innowacja, aby urzeczywistnić te pozytywne zmiany. My wierzymy, że potrzebne jest to i to – lub, jak twierdzi Ronald van den Hoff – “Potrzebujemy innowucji!” To też uważamy za swoje skromne zadanie –innowucjonizować nie tylko przez nasze pomysły i idee, ale także celowe, świadome wdrażanie tego, czego nauczyliśmy się w drodze osobistych wysiłków oraz wspólnie, w skali globalnej.”

Źródło: http://www.manifesto15.org/pl/

Pomóż zwierzętom z Fukushimy!

Dzisiejszy post jest zacytowanym tekstem, który można zobaczyć (wraz ze zdjęciami Naoto opiekującym się zwierzętami) >>> TUTAJ <<<

Można pomóc Naoto w karmieniu zwierząt wysyłając dotacje przez >>> <<< stronę 🙂

Matsumura Naoto and Shiro the cat „W marcu 2011 roku, po tsunami na Pacyfiku, doszło do awarii w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi, leżącej na wschodnim wybrzeżu wyspy Honsiu. Takiej katastrofy nie było od czasów Czarnobyla. Tym razem również ewakuowano całą ludność z napromieniowanych terenów. Jednak jeden człowiek postanowił tam wrócić. Naoto Matsumura od blisko czterech lat opiekuje się porzuconymi zwierzętami w swojej rodzinnej miejscowości Tomioka. Tomioka leży obecnie w liczącej sobie 20 km strefie zamkniętej wokół elektrowni. Porzucone zostały samochody, domy, całe gospodarstwa. Od czterech lat tak naprawdę jest kolejnym miastem duchów, w którym hula wiatr. Ewakuujący się ludzie zostawili za sobą nie tylko dobytek całego życia. Zostały tam również tysiące zwierząt, które zgodnie z zarządzeniem lokalnej władzy, należałoby uśpić. Wiele z nich umarło z głodu. Pozostałe próbowały poradzić sobie same.

Naoto Matsumura opuścił swój dom, tak samo jak wszyscy inni mieszkańcy. Jednak życie w obozie tymczasowym było dla niego trudne do wytrzymania. Myślał o swojej domowej trzodzie i bał się o los zwierząt. Zdecydował się na powrót do swojego gospodarstwa, żeby je chociaż dać im jeść. Kiedy usłyszał w oddali szczekającego psa sąsiada, poszedł go nakarmić. Potem okazało się, że tak samo głodnych stworzeń jest o wiele więcej. Dotarło wtedy do niego, że jeśli opuści to miejsce jak wszyscy inni, zwierzęta umrą. Postanowił zostać i zaopiekować się porzuconymi zwierzakami.

Matsumura twierdzi, że faktycznie, na samym początku bardzo bał się, że zachoruje na raka lub białaczkę. Choć przeprowadzone przez JAXA (Japan Aerospace Exploration Agency, czyli Japońską Agencję Kosmiczną) badania potwierdziły, że jest obecnie najbardziej napromieniowanym człowiekiem w Japonii, z upływem czasu przestał się tym zupełnie przejmować. Wszystko z miłości do zwierząt. Dlatego też nie nosi ze sobą licznika Geigera. Naukowcy powiedzieli mu, że raczej nie zachoruje w ciągu następnych 30 lub 40 lat. Naoto stwierdził więc, że skoro najprawdopodobniej do tego czasu i tak już będzie martwy, woli się skupić na codziennych zajęciach, którymi nikt inny się nie zajmie.

Pod jego opieką znajdują się krowy, kucyki, koty, psy, a nawet strusie. Pozbawione ludzkiej opieki już dawno umarłyby z głodu. Naoto widział całe stada bydła zagłodzonego na śmierć w stodołach. Ponoć muchy, które żywiły się padliną było bardzo wyraźnie słychać w ciszy jaka zapadła nad miastem. Stąd też dekret lokalnych władz o uśpieniu zwierząt i zaoszczędzeniu im cierpień może się niektórym wydawać sensowny. Matsumura ma jednak zupełnie inne zdanie na ten temat. Mężczyzna twierdzi, że ubój miałby sens, gdyby mięso zostało potem zjedzone.

Takie jest życie. Jeśli jednak ta śmierć niczemu nie będzie służyć, to jest bezsensowna – mówi Naoto.

Jako wyznawca shintoizmu uważa, że życie zwierząt jest tak samo ważne jak ludzkie. Ponadto, ich obserwacja może dać rzeczywisty obraz wpływu promieniowania na okolicę. Jeśli zwierzęta na przestrzeni kilku następnych pokoleń zaczną wydawać na świat chore potomstwo, będzie to wyraźny sygnał, że Tomiokę należy opuścić na zawsze. Ale jeśli młode rodzą się zdrowe, to może ludzie mogą wrócić do swoich domów?

Naoto Matsumura ma obecnie 55 lat. Przed katastrofą mieszkał razem z rodzicami, gdyż pochłonięty pracą zawodową nie miał czasu dla żony i dzieci. Obecnie poświęca zwierzętom cały swój czas. Ze względów zdrowotnych nie może spożywać żywności z rejonu Fukushimy, co generuje dodatkowe koszty. W 2013 roku urodził mu się syn. Jednak nie jest pewne, czy Naoto kiedykolwiek zamieszka ze swoją partnerką i dzieckiem.

Niestety, coraz trudniej o żywność dla zwierząt. Naoto obecnie nigdzie nie pracuje i nie pobiera żadnego wynagrodzenia, a rząd japoński nie udziela mu żadnej pomocy. Jego historię przybliżył światu fotograf Antonio Pagnotta, autor książki ”Le dernier Homme de Fukushima” (”Ostatni człowiek z Fukushimy”). Powstała również francuska fundacja Kizuna pour Naoto, która za cel postawiła sobie pomoc w opiece nad zwierzętami. Jak napisano na stronie internetowej, działają bez żadnych związków z jakąkolwiek religią czy polityką, chcieliby po prostu sprawić by świat stał się trochę lepszym miejscem. Zbiórka pieniędzy trwa między innymi za pośrednictwem strony Kizuna pour Naoto.

Pod opieką Matsumury znajduje się obecnie między innymi 40 krów. Roczne wyżywienie jednej kosztuje około 900 euro. Dla porównania, półroczna porcja jedzenia dla kota to wydatek rzędu 50 euro. Więcej szczegółów z codziennego życia pokazała Mayu Nakamura w filmie dokumentalnym ”Alone in Fukushima” (”Sam w Fukushimie”). Premiera filmu w Japonii była przewidziana na wiosnę tego roku.”

Duch Australii…

Siedziałem w małej kawiarence w centrum Perth. W pewnym momencie podszedł do mnie stary Aborygen.
– Daj mi pół dolara – powiedział.
Nigdy nie lubiłem żebraków. Już miałem mu odmówić, ale uśmiechnął się tak szeroko i przyjaźnie, że sięgnąłem do portfela i wręczyłem mu dwa dolary. Uprzejmie podziękował i skierował się w stronę wyjścia. Dwa dni później byłem w tym samym miejscu i znowu się pojawił. Podszedł do mnie. Już sięgałem po portfel, ale powstrzymał mnie i powiedział: „dzisiaj ja stawiam”. Chyba wyglądałem na zdziwionego, bo dodał: „Przecież dzisiaj jest moja kolej”. Kupił mi piwo i usiadł koło mnie. Pomyślałem, że pewnie chce mnie dzisiaj naciągnąć na większą sumę.
– Skąd jesteś? – zapytał.
– Z Polski. A ty?

DSC02080danny-eastwood[1]

Popatrzył na mnie swoimi śmiejącymi się oczami.
– Dobry dowcip – powiedział, po czym powoli, jakby w zamyśleniu dodał:
– Skąd może być stary Aborygen? Widzisz – podniósł oczy – ludzie przybywają tu z całego świata, szukają swojego miejsca na ziemi, szukają szczęścia.
– Australia to piękny i spokojny kraj – powiedziałem – ja też przyleciałem, żeby tu zamieszkać.
– Czy wierzysz, że będziesz tu szczęśliwszy niż gdziekolwiek indziej?
– Tak, wierzę, że ja i moja rodzina będziemy tu szczęśliwi.
– Czemu odpowiadasz w imieniu innych, nawet jeżeli są Twoją rodziną?
– Przywiozłem ich tu, a więc czuję się za nich odpowiedzialny.
– Nie możesz być odpowiedzialny za niczyje szczęście oprócz własnego.
– Jesteś filozofem? – zapytałem.
– W pewnym sensie – odparł.
– Wyglądasz na inteligentnego – popatrzyłem na niego – czemu jesteś żebrakiem?
– Czy widziałeś, żeby żebrak stawiał komuś piwo?
– To czemu chodzisz i prosisz o pieniądze?
– To najlepszy test na jakość człowieka.
– Co w ten sposób testujesz?
– Czy warto z nim nawiązać bliższą znajomość.
– Widzę, że w Twoim teście wypadłem pozytywnie. Ile trzeba Ci dać, żeby zdać twój test?
– Nie ma znaczenia, czy ktoś mi coś da, czy nie. Znaczenie ma, jak to zrobi.
– A więc teraz, kiedy test zaliczony, jaki będzie następny krok?
– To zależy od ciebie. Zależy czy ja zaliczyłem test w twoich oczach. Każdy z nas bez przerwy testuje ludzi i świat wokoło. To, co w jego mniemaniu wypada pozytywnie, przyjmuje za swoje. Ale muszę już iść. Miło się z Tobą rozmawiało. Wpadnij do mnie przy okazji.
To mówiąc podał mi wizytówkę. Spojrzałem na nią i przeczytałem: Dr John Smith lekarz medycyny.

Przez kilka następnych dni byłem zajęty sprawami biznesowymi, lecz ten niezwykły człowiek często przychodził mi na myśl. Weekend zapowiadał się luźniejszy. W sobotę rano zadzwoniłem do niego.

– Cześć John, co u ciebie słychać?
– Cześć – odparł – wszystko OK. Dobrze, że dzwonisz. Dzisiaj wieczorem zaprosiłem kilka osób na barbeque. Wpadnij o siódmej. Miło będzie, jak zabierzesz ze sobą żonę.

Wieczór był ciepły po upalnym dniu. John przywitał nas w drzwiach. Zaprowadził do dużego salonu, gdzie było kilka osób. Przedstawił nas i poczęstował chłodnym napojem. Atmosfera była luźna, ludzie sympatyczni. Po pieczonej baraninie siedliśmy przed domem przy kawie. Wiatr od oceanu, jak zwykle pod wieczór, dawał ożywczy chłód. W pewnym momencie Judy – szczupła dziewczyna japońskiej urody – zapytała: „John, mam pewien problem. Czy mogłabym z Tobą porozmawiać na osobności?”.
– Oczywiście – odparł John i wyszli. Wrócili za ok. piętnaście minut. Wtedy Greg i Samantha – młoda para – poprosili o to samo. Gdy wrócili, okazało się, że wszyscy po kolei chcieli rozmawiać na osobności z Johnem. Wydawało się nam to trochę dziwne, ale widocznie takie tu mają zwyczaje. W końcu jest emerytowanym lekarzem, może zasięgają porad medycznych.
Potem John wyjął z barku szlachetnie wyglądającą butelkę i poprosił mnie, żebym czynił honory podczaszego. Gdy degustowaliśmy ten wytrawny trunek, Judy zapytała:

– John, powiedz nam, jak to naprawdę jest tam, w Twoim świecie.
– W moim świecie? – uśmiechnął się – Ja nie mam swojego świata. To wy macie swoje światy i dlatego się wam wydaje, że wszyscy muszą je mieć. Kiedyś też miałem, ale zrezygnowałem, bo okazał się do niczego nie potrzebny. Wymagał ciągłej uwagi i aktywności, narzucał bezsensowne reguły i prawa, stresował przemijaniem czasu. Skończyłem z nim i radzę Wam zrobić to samo.
– Jak to skończyłeś? – zapytał Alex – młody prawnik – przecież jesteś tu z nami, istniejesz w świecie, nie umarłeś.
– Żeby skończyć ze światem nie trzeba umierać, tylko zrozumieć. Albo nawet nie zrozumieć, bo to słowo wiąże się z rozumem, raczej powiedziałbym – uświadomić. To lepsze pojęcie, bo wiąże się ze świadomością.
– Jaka jest różnica między rozumem a świadomością, i co trzeba sobie uświadomić? – zapytał ponownie Alex.
– Świadomość, to szersze pojęcie niż rozum. Oczywiście chodzi mi o czystą świadomość, bo w potocznym rozumieniu słowo „świadomość” używa się zamiennie z pojęciem rozum czy umysł. Otóż czysta świadomość umożliwia istnienie wszystkiemu, co istnieje, sama nie będąc żadną z tych rzeczy. To tak jak światło słońca umożliwia życie na Ziemi, ale nim nie jest.

Popatrzyłem na Alexa i z wyrazu jego twarzy wywnioskowałem, że z wyjaśnienia Johna zrozumiał niewiele. Zwykle lubiłem różnego rodzaju rozważania filozoficzne i czułem, że to, co mówi John, ma swoistą logikę, ale nie łapałem jeszcze całości. Zapytałem więc:
– Rozumiem, że czysta świadomość jest jakimś rodzajem energii, który umożliwia istnienie światu. Jaka jest więc relacja pomiędzy naszą, ludzką świadomością a tą czystą?
– Podam ci przykład – powiedział – gdy pali się ognisko, to ogień trawi drewno, ale nie jest nim. Jego natura jest dużo subtelniejsza niż natura drewna. Drewno to materia, ogień to energia. Relacja pomiędzy twoim ciałem a umysłem jest analogiczna do relacji między drewnem a ogniem. Twoja świadomość jest płomieniem trawiącym twoje ciało. I tak jak trzeba dorzucać drewna do ogniska, żeby nie zgasło, tak musisz karmić swoje ciało i umożliwiać mu wszelkie potrzebne życiowe funkcje, żeby płomień świadomości nie zgasł. Podobna relacja zachodzi pomiędzy twoją świadomością, czyli rozumem, a czystą świadomością. Czysta świadomość, z kolei, to płomień trawiący świadomość.

Logicznie widziałem tu sens, ale w sensie technicznym nie byłem w stanie tego uchwycić. John chyba to wyczuł, bo dodał: nie staraj się tego zgłębiać umysłem, bo do czystej świadomości umysł nie ma wstępu. Ci, co chcą tam dotrzeć, muszą swój umysł zostawić w przedsionku do jej komnat. Zaśmiał się głośno, a my wszyscy za nim.
Nasuwało mi się wiele pytań, ale nie zadałem już wtedy żadnego więcej. Temat, o którym mówił John, nie był mi obcy. Był okres, że czytałem różne książki o Buddyzmie i Zenie i dostrzegałem tu wiele analogii.
Umówiłem się z Johnem na następny dzień. Chciałem spokojnie z nim porozmawiać. Usiedliśmy z filiżanką kawy.
– John – zacząłem – niektóre z twoich wypowiedzi bardzo mnie zastanawiają. Sprawiasz wrażenie, jakbyś dostrzegał w świecie inne wartości niż my wszyscy.
– Widzisz – popatrzył na mnie – spotkałem kiedyś kogoś, kto powiedział mi, że świat, w którym żyję, jest złudzeniem, i najlepiej przestać sobie nim zawracać głowę. Nie wiem dlaczego, ale uwierzyłem tej osobie i zacząłem konsekwentnie stosować się do jej wskazówek. Po pewnym czasie doświadczyłem tego, że wszystko, co mi mówiła, było prawdą. To była stara kobieta, żyjąca samotnie na skraju aborygeńskiej osady. Uważano ją za pomyloną, bo często widziano ją, jak godzinami siedziała lub stała bez ruchu. Ja też tak sądziłem, aż pewnego dnia spotkałem ją na drodze. Niosła ciężką torbę i zaproponowałem, że jej pomogę. Popatrzyła na mnie i powiedziała: wiedziałam, że to będziesz ty. Podała mi torbę i szliśmy przez około piętnaście minut. I te piętnaście minut zmieniło moje życie.
– Co takiego się stało? – zapytałem.
– Powiedziała: wiedziałam, że właśnie ty do mnie podejdziesz, bo jesteś jedynym w wiosce, który umie patrzeć. Nie wiedziałem, co przez to chce powiedzieć, ale nie przerywałem. Widzisz, jestem już stara i czas na „daleką podróż”, ale zanim odejdę, chciałam jeszcze komuś powierzyć prawdę. W wiosce uważają mnie za wariatkę i wygodnie mi z tym, bo nikt mi głowy nie zawraca. Miałam dużo czasu na obserwację i przemyślenia. Doznałam w życiu wielu nieszczęść. Mój mąż zapił się na śmierć. Wcześniej często mnie bił. Dzieci odeszły do miasta i zapomniały o starej matce. Ale teraz jestem już poza tym wszystkim. Był czas, kiedy bez przerwy o tym myślałam i moje życie było jednym wielkim pasmem udręki. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym, tylko o tym, jak bardzo jestem nieszczęśliwa. I nagle wszystko się zmieniło. A było to podczas święta corroborree. Pamiętam, że od dziecka to święto było dla mnie bardzo wzruszające. Gdy patrzyłam na tańczących, zapomniałam o wszystkim. Wczuwałam się w każdą scenę tego tańca: w stwarzanie świata, w umieranie i przebywanie zmarłych poza czasem. I gdy tak stałam i patrzyłam, nagle poczułam, jak coś wewnątrz mnie pęka. Coś się we mnie otworzyło. Wręcz namacalnie zobaczyłam ten świat, w którym czas nie istnieje. Było to najcudowniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doznałam. Nie wiem ile trwało, ale gdy się ocknęłam, stałam sama pod drzewem. Wszyscy już poszli. Zaczęłam powoli wracać do domu i znowu wróciła myśl o tym, jaka to jestem samotna i nieszczęśliwa. Ale również uświadomiłam sobie, że coś się we mnie zmieniło. Gdy zaczynałam myśleć o sobie i swoich problemach, dostrzegłam, że coś z głębi mnie patrzy się na mnie. I co więcej, im bardziej użalałam się nad sobą, tym ironiczniej to coś na mnie spoglądało i wręcz się śmiało. Przestraszyłam się, że zwariowałam, ale pomyślałam, że do rana mi przejdzie. Ale nie przeszło. Gdy stres się pojawiał, to coś wracało. Zauważyłam, że najszybciej potrafię się go pozbyć, jak spokojnie usiądę i zaczynam go obserwować, tak jak on obserwuje mnie. Gdy wracałam do codziennych zajęć, wyzwalało we mnie niepokój. Uspokajało się, jak ja się uspokajałam. Dlatego w pewnym momencie przestałam zajmować się jakimikolwiek zajęciami, tylko po prostu siedziałam. Wiem, że to w oczach ludzi nie wyglądało normalnie, ale moja świadomość była przytłumiona i nie odbierała wyraźnie świata na około. Nie wiem ile to trwało, ale pewnego dnia zorientowałam się, że to coś, to ja, ale ta prawdziwsza ja, i że tak naprawdę obserwuję siebie samą. Każdego dnia spędzałam większość czasu medytując w ten sposób. Czułam, że codziennie przekopuję się przez kolejne poziomy czegoś, co przez lata narosło we mnie i zaśmieciło mnie do tego stopnia, że już sama nie wiem, kim jestem. Znowu minął jakiś czas, zobaczyłam, że to coś, to nawet nie jestem ja, bo tak naprawdę mnie nie ma. Ja znikło. Ale wraz z nim, znikło wszystko, co związane było ze mną, cały mój świat. Znowu byłam poza czasem. Trwałam tam aż do wyczerpania się energii. Wtedy świadomość wracała. Często marzyłam o tym, żeby już nie wrócić. Nie wiedziałam, czy do tego trzeba umrzeć, ale jeśli nawet tak, to było mi wszystko jedno. Tamten świat był tak wspaniały. Pewnego dnia zaczęłam w czasie medytacji prosić Wielką Siłę, żeby pozwoliła mi już tu nie wracać. Nagle usłyszałam głos, ale nie uszami, tylko jakby wewnątrz mnie. Głos zapytał: „Czy jesteś w stanie złożyć w ofierze to wszystko, czym jesteś, swoją świadomość, pamięć i życie?”. Bez wahania odpowiedziałam, że
tak. I wtedy to się stało. Wkroczyłam TAM i wiedziałam, że stamtąd nie ma powrotu. Ty widzisz teraz moje ciało, które już nie jest moje, bo mnie już nie ma. Oddałam swoje ja. To ciało do ciebie mówi, ale nie jest już bardziej moje, niż ciała i umysły wszystkich ludzi na świecie. Wiem, że jeszcze teraz tego nie pojmujesz, ale chcę ci powiedzieć, że twój prawdziwy świat jest tam, gdzie nie istnieje czas. Dopóki żyjesz w czasie, żyjesz w świecie złudzeń.

uluru_photo_slideshow.CACHE-1000x1000[2]

Mimo że od dziecka słyszałem różne dziwne historie, bo Aborygeni bardzo lubią opowieści o różnych niestworzonych rzeczach, to jednak ta opowieść była zbyt niewiarygodna.

– A jeśli to jednak wariatka? Jeśli to wszystko jest wymysłem jej chorej wyobraźni? – pomyślałem.
– Zastanawiasz się, czy jednak nie jestem wariatką – wyczytała z moich myśli.
– Nie! – zaprzeczyłem, bo głupio mi się zrobiło.
– Zaśmiała się głośno.
Dochodziliśmy do jej domu. Otworzyła drzwi i wzięła ode mnie torbę.
Dziękuję – powiedziała i weszła do środka.
Stałem, nie wiedząc co zrobić. Byłem ciągle pod wrażeniem jej historii i nasuwało mi się wiele pytań.
– Przyjdź jutro wieczorem – usłyszałem jej głos.
Oczywiście przyszedłem, i następnego dnia również. I następnego. Byłem u niej codziennie. Im dłużej z nią przebywałem, tym wyraźniej zdawałem sobie sprawę z tego, że pod tą zniszczoną czasem i życiem powłoką tkwi nieograniczone źródło mądrości. Chwilami jej słownictwo było zwykłym żargonem tubylców, a chwilami potrafiła użyć takich sformułowań, jakich nie powstydziłby się profesor uniwesytetu. To ona nauczyła mnie o tym, że świat ma strukturę wymiarową, że świadomość i umysł to dwie różne rzeczy. Gdy zapytałem ją, skąd czerpie swoją wiedzę, przecież nawet nie umie czytać, powiedziała, że rzeczywiście, książek to czytać nie umie, ale umie czytać świat.
– Cały świat bez przerwy mówi do ciebie i przekazuje ci swoją prawdę – mówiła. Patrz uważnie i słuchaj. Bo gdy musi powtórzyć swoją lekcję, wtedy staje się to bolesne.
– Co to znaczy? – zapytałem.
– Ludzie cierpią nie dlatego, że nie mają innego wyjścia. Zanim do kogoś przyjdzie cierpienie, najpierw ten człowiek dostaje od świata wszystkie informacje i instrukcje, jak tego uniknąć. Żeby to odczytać, wystarczy chwila uwagi i logika myślenia. Widzisz, ja cierpiałam bardzo długo, bo brakowało mi tych dwóch czynników. Nie potrafiłam myśleć logicznie, bo moją całą uwagę pochłaniała emocja. Gdybym odkryła to wcześniej, mogłabym uniknąć bólu.
– W jaki sposób? – zapytałem – przecież twoje cierpienie związane było z sytuacją, jaka cię spotkała. Czy mając wiedzę, można kształtować bieg wydarzeń?
– Oczywiście, że tak. Nawet nie mając wiedzy, bez przerwy to robisz, ale nieświadomie, dlatego nie zawsze odbywa się to z korzyścią dla świata. A jeśli to, co robisz, nie odbywa się z korzyścią dla świata, to i nie ma w tym korzyści dla ciebie i prowadzi do cierpienia. Świat, dając ci cierpienie, upomina cię, jak dobry rodzic, żebyś nie robił rzeczy głupich.
– Czy zawsze działanie, które daje mi korzyść, będzie dawać korzyść światu i odwrotnie?
– Oczywiście, że tak, przecież jesteś częścią tego świata.
– To jakie działanie przynosi największą korzyść zarówno mnie, jak i jemu?
– Działanie zmierzające do uwolnienia się od jego wpływu. Widzisz, ten materialny świat nie służy do tego, żeby go budować, kształtować, wzbogacać o wielkie idee. To tylko szkoła, która uczy, jak przenieść świadomość na kolejne poziomy. Cała praca, jaką masz tu wykonać, to uwolnić się od niego.

Zanim odeszła, powiedziała mi, co robić, żeby pozbyć się świata złudzeń. Powiedziała, żebym obserwował siebie. Mówiła, że obserwując siebie i zadając sobie pytanie: „kim naprawdę jestem?”, uwalniam swoją świadomość od zależności materialnego świata.

Grafika:
[1] Peter Taylor Tjutjatja, Uluru
[2] Danny Eastwood, Uluru

Chcę uciec na bezludną wyspę…

To miesiąc najważniejszy w moim życiu. 25 października przyszła na świat moja córka. Był rok 1980. Przed szóstą rano zobaczyłam ją po raz pierwszy. Zabrali mi okulary i nie widziałam szczegółów, ale nawet obraz różowego „robaczka” wyzwolił we mnie dotąd nieznane uczucia. To było jak wybuch wulkanu. Nagle cały świat zamknął się w 3,5-kilogramowym człowieczku owiniętym w tetrową pieluchę. Narkotyczny stan opętania dzieckiem trwał u mnie aż cztery lata. Potem powoli ustępował rozważnej miłości.

Gdyby w czasie tych czterech lat ktoś odebrał mi dziecko, pękłoby mi serce. Umarłoby jak ryba bez wody. Nie byłam wyjątkową matką. To samo przeżywają prawie wszystkie ssacze rodzicielki. Tyle że wyraz rozpaczy po stracie dziecka nie musi być dla nas zrozumiały. Łatwo odczytujemy cierpienie z ludzkiej twarzy, znajomych słów i gestów.  Antylopa, której hiena porwała cielątko, wygląda dla nas tak samo jak przed tragedią. Nie jesteśmy antylopami i nie znamy języka ich emocji. W niczym to nie usprawiedliwia obojętności z jaką szykujemy na obiad bitki cielęce. Bo czymże jest cielęcina? Przecież to ciało krowiego dziecka. Ginie bardzo młodo. Nieświadome okrucieństwa świata, w jakim przyszło mu się urodzić. Nagle ktoś odrywa go od matczynej mleczarni, potem kilka godzin, dni przerażenia, tęsknoty i… Cielęcina. A jego matka? Krowa. Stoi i przeżuwa kiszonkę. Nie jest już normalną krową. Czułą matką, która rzuci się na lwa, gdy ten zechce zabrać jej dziecko.

Człowiek jest okrutniejszy od dzikiego drapieżnika. Zamknął ją w „fabryce do produkcji mleka” i każe rodzić. Nie, nie ma przedtem romansu z byczkiem Fernando. Rolę miłosnych uniesień zastąpiła plastikowa rurka. Krowa nigdy nie pozna ojca swoich dzieci. Już dawno skończył jako soczysty befsztyk. Gdy rodziła pierwszy raz, poczuła zapach cielaka. Stało się z nią to samo co ze mną 25 października 1980 roku. Potem pękło jej serce. Umarło jak ryba bez wody. Przy drugim porodzie ożyło na moment. Nie potrzebnie, bo nie zdążyło nawet zaczerpnąć zapachu dziecka. Za trzecim razem nawet nie drgnęło. Za to mleka polało się potokiem. Matczyna jadłodajnia nie umie zapomnieć, po co jest stworzona. Nawet jeśli rolę cielęcia zastąpiła elektryczna dojarka.

Chciałabym, abyśmy trochę więcej myśleli i uczyli się empatii. Myślenie nie jest teraz w modzie, bo utrudnia życie. Gdy zaczynamy się zastanawiać, skąd i dlaczego istnieje ryzyko, że się dowiemy. Głupio wówczas czerpać z cierpienia, ale zawsze można zapomnieć. A jak nie zapomnieć, to udawać niewiedzę. Mam wrażenie, że to znak naszych czasów. Cielęcina to malutki punkcik na mapie okrucieństwa. Są jeszcze jagnięcina, młoda konina i króliki. Młode są najsmaczniejsze. Że nie wspomnę o prosięciu nadziewanym kaszą gryczaną. Dla ozdoby trzyma jabłko w przypieczonym chrupko ryjku. Co prawda, nie jemy szczeniąt ani kociąt. Ale na polskiej prowincji do tej pory praktykuje się ich topienie albo zakopywanie żywcem. Na własne uszy słyszałam wypowiedź mieszkańca mazowieckiej wsi. Nie chciał zgodzić się na kastrację suczki i kotki, bo dzieci lubią się bawić szczeniakami i kociakami, a potem się utopi.

Po takich słowach mam ochotę uciec na bezludną wyspę. Oczywiście to niemożliwe. Jestem człowiekiem i nie umiem żyć bez ludzi. Choć wstydzę się swojego człowieczeństwa, gdy słyszę: ale ja chcę, żeby moja suczka została matką. Przecież można uśpić ślepy miot i zostawić tylko jedno szczenię. Można? Nie można. Ale to nic nie znaczy… Nie można bić dzieci. Nie można znęcać się nad nikim, bez względu na gatunek. Nie można prowadzić samochodu po pijanemu. Nie można przechodzić na czerwonym świetle. Nie można brać narkotyków. Nie można niszczyć zieleni. Nie można wyrzucać śmieci do lasu. Nie można kłamać, kraść i zabijać…

Dorota Sumińska, doktor weterynarii, prowadzi popularne programy o zwierzętach

[Z miesięcznika: Wróżka 10, październik 2014, s.59]